Typowy dzień

Podkład muzyczny – System Of A Down – Lonely Day

godzina 00:00

Środek nocy, a ja nie mogę spać. Odkąd opuściłem Ziemię w tym małym statku kosmicznym stałem się trochę bardziej nerwowy. Nie chodzi o zagrożenie życia, bo wiem, że dostałem najnowocześniejszy model międzygwiezdny ART-12H wraz modułem gorzelnym i podgrzewanymi fotelami. W razie kłopotów mam także kapsułę ratunkową, która bezpiecznie dowiezie mnie do domu. Raczej chodzi mi o ten cały Wszechświat. Coś jest z nim nie tak. To mnie gryzie.

godzina 01:00

Moja decyzja o poświęceniu się dla ludzkości i wyruszeniu w drogę na Marsa była dosyć spontaniczna. Akurat w życiu miałem lekkie zawirowania, trochę brakowało kasy, może chęć przygody zwyciężyła. Lot ma trwać dwa lata w jedną i rok z powrotem (pewien twardogłowy powiedział, że wracając Ziemia będzie w innym położeniu względem Marsa stąd szybszy czas). Za całą imprezę zgarniam około 5 milionów euro. Potem kilka wywiadów dla telewizji, wystąpię w talk-show u Jimmymi’ego Kimmel’a Juniora, zaliczę parę reklam w TV, wyściskam się z Donaldem i mają mi dać spokój. Taki urlop. Od Ziemi.

godzina 2:00

Wstaję, robię kilka pompek, potem bieżnia, później prysznic. W stanie nieważkości pompki robię na małym palcu, na bieżni macham nogami bez wysiłku, a prysznicem jest wilgotna ściera z froty. Ten ultranowoczesny pojazd kosmiczny kosztował kilka biliardów euro, a jakiś inżynier stwierdził, że najbardziej optymalną formą zachowania higieny będzie tzw. poliformiczny, antyzapachowy, samoczyszczący się materiał KuV-456. Ja ochrzciłem go per ‚ściera z froty’, bo ją idealnie przypomina. Coś chyba miałem, zrobić, tylko co… No nic, może sobie później przypomnę.

godzina 3:00

Duszę się, zaczynam kaszleć, czuję, że brakuje mi tlenu. Ciemnieje mi przed oczami. Co jest grane? Patrzę na kokpit, wszystkie systemy na zielono, nie uderzył we mnie żaden asteroid, ani nie zostałem zaatakowany przez zielonych piratów z planety Bezinteresowna Agresja 666. To co u licha się dzieje?! Patrzę na moduł zamieniający dwutlenek węgla, który wydycham na tlen. Wkładam wtyczkę do zasilania. Nagle odzyskuje oddech. Co za ulga. Patrzę w ściągę moich obowiązków i napisane jest jak byk: o godzinie 2:00 zawsze podłączaj wtyczkę aparatu tlenowego do zasilania. Może nikt się nie kapnie, że naraziłem misję wartą kilka biliardów miliardów przez zwykłe zapominalstwo. Nie mówcie nikomu, ale wszystkie egzaminy wstępne na tę super misję zdałem ściągając niczym student pierwszego roku na Ochronie Środowiska AGH.

godzina 4:00

Zabrałem się za pyszne śniadanko. Zielona papka z białkiem, brązowa kupa z witaminami i różowe łajno z węglowodanami. Nie, żeby coś, ale w porównaniu z kolacją, to są to rarytasy. Zapomniałem dodać, że na Ziemi poza szczoteczką do zębów, laptopem i autem zostawiłem Żonę. Jest dosyć do mnie podobna. Na wieść o przejściu przez ze mnie wszystkich etapów rządowego konkursu na Super-Astronautę powiedziała mi, żebym jej coś ładnego przywiózł z tej czerwonej planety. Stwierdziła, też, że mogę odwołać dyskretnego obserwatora, który ja rzekomo jej przydzieliłem, aby donosił mi o wszystkich jej kontaktach towarzyskich w czasie mojej nieobecności. Oczywiście zaprzeczyłem i zapewniłem ją, że mam do niej całkowite i bezgraniczne zaufanie, tak jak ona ma do mnie, co więcej wszystkie samotne dni i noce wynagrodzę jej po powrocie. Zmieni status z  Żony Programisty na Żonę Milionera, a to wydaje mi się całkiem kusząca nagroda. Odparła, że wszystko rozumie. Jednak miała smutne oczy. Nie lubię gdy ma smutne oczy.

godzina 5:00

Na między-gwiedzną komórkę przychodzi mi wiadomość od dyskretnego obserwatora mojej Żony. Biorę, przemyconą w schowku na narzędzia, Whisky, dodaję lodu z gorzelni, popijam łyczek i czytam:

W dniu wczorajszym Hermenegilda (to konspiracyjne określenie na moją Żonę, które używamy z detektywem w naszej korespondencji, nie miałem czasu długo nad nim myśleć, więc nie śmiejcie się) była w pracy, gdzie jej zachowanie nie odbiegało od normy, w trakcie powrotu do domu udała się na zakupy do pobliskiego hipermarketu, gdzie zamieniła dwa słowa z pewnym mężczyzną (zaczyna się robić ciekawie) przy stoisku wędliniarskim, ten Pan nie był pracownikiem sklepu co wzbudziło u mnie lekkie zainteresowanie. Wyglądał na około 35 lat, nosił hipisowskie dzwony i miał lekko przyćmiony wzrok. Podszedłem do niego w rękawiczkach z mikrowłókien, podałem mu dłoń na przywitanie, udałem, że pomyliłem go z dawno niewidzianym kolegą ze szkoły i tym oto sprytnym sposobem zebrałem jego odcisk palca (wiedziałem, że wynająłem łebskiego gościa, ale ta intryga sprawiła, że przeszły mnie ciarki po całym ciele, znów łyk). Włamałem się do policyjnej bazy danych i sprawdziłem jego linie papilarne. Ku mojemu zdumieniu odkryłem, że owy mężczyzna ma takie samo nazwisko jak Hermenegilda z czasów przed ślubnych. To być może jest jej brat, więc nie będę już dalej drążył tego wątku. Chyba, że wyśle mi Pan jakieś pieniądze ekstra, bo te marne grosze, które mi Pan przelał już dawno przepiłem. Czekam na decyzję (Co za szuja! Szantażuje mnie, bo wie, że z odległości 100000000 kilometrów nie skopię jego zadka).

Muszę chwilę przemyśleć wszystkie za i przeciw, podejmę decyzję za godzinę.

godzina 6:00

Odpisałem:

Szanowny Panie Detektywie, czy zdaje sobie Pan sprawę, że właśnie Pan szantażuje astronautę na służbie i łamie naszą umowę, Pan renegocjuje warunki współpracy ustalone na spotkaniu dnia 23.07.2026 w sposób niewyobrażalnie niemoralny?

Mogę podnieść Panu stawkę z 27 do 33 dolców/dzień z podatkiem, ale to już będzie moja ostatnia podwyżka, Pan musi zrozumieć, że póki nie obrócę tego kursu nie jestem milionerem, a z konta małżeńskiego nie mogę korzystać z wiadomych przyczyn.

Proszę się nie przejmować tym hipisem, to faktycznie jest jej brat, który trochę przegina z dragami, ale poza tym ma na nią dobry wpływ. Bardzo proszę także o regularne raporty, a wtedy będzie regularne wynagrodzenie.

Z wyrazami szacunku.

Douglas Adams.

godzina 7:00

Pora na mały rozruch, ubieram kombinezon, biorę aparat fotograficzny, przypinam się do linki bezpieczeństwa, otwieram właz i pomału wylatuje w przestrzeń kosmiczną. Mam małą prędkość, specjalnie na te godzinę silniki zwalniają, abym mógł sobie poudawać supermana. Uczucie nieważkości jest takie samo, jak gdyby wypić pół litra, wsiąść do rollercoastera i zamknąć oczy. Dokładnie takie samo, z tymże ja oczy mam otwarte i schowane za szybką odblaskową, gdym jej nie miał, moje oczy wypaliłyby się z powodu promieni słonecznych, które poza Ziemią są jak lasery, dewastujące i niszczące. Widok miliardów gwiazd bez filtra atmosferycznego jest powalający, robię serię zdjęć mając wyraz zachwytu na twarzy. Słońce jest inne, niż na Ziemi. Tam, w dole jest tylko jasnym punkcikiem, tutaj widzę je bardzo szczegółowo, ciągłe nuklearne eksplozje i czysta energia, która budzi pierwotne lęki. Człowiek nie jest przystosowany do przebywania w takich warunkach. Jednak lubi wznosić się na wyżyny i ryzykować życie dla nowej wiedzy. Po 15 minutach wracam na statek, mam jeszcze trochę spraw do roboty. Na przykład włącznie autopilota.

godzina 8:00

Zdejmuję skafander i przerzucam zdjęcia na mojego laptopa. Dodaje je w załączniku i piszę maila:

Tytuł: Pamiętniki z Kosmicznych Wakacji

Adresat: Samanta Adams

Treść: Pozdrowienia z góry, tęsknie niesamowicie i nieskończenie, pamiętaj, że zawsze możesz mnie w każdej chwili zobaczyć, wystarczy, że wyjdziesz na taras i spojrzysz w gwiazdy. Konstelacja Wielkiego Wozu, ja tam jestem i myślę ciągle o Tobie. Wysłałem Ci kilka zdjęć, które choć trochę przybliżą Ci moje klimaty. Chciałbym móc opisać Ci moją tęsknotę, ale dobrze wiesz, że to pisanie jakoś mi nie idzie. Wolę Cię objąć i po prostu pocałować. Co u Ciebie słychać? Pamiętałaś aby opłacić ratę za dom? Co w pracy? Jak tam Twoja najlepsza koleżanka Julia, pogodzili się już z Kevinem? Wiesz, że czasami lepiej zostawić sprawy swoim tokiem, bo nie mamy na nie wpływu, a możemy tylko pogorszyć sprawę.

P.S. Jeszcze tylko 560 dni i będę z powrotem. Strasznie słabo karmią tutaj na stołówce, więc nie mogę się doczekać Twoich specjałów.

Zawsze Twój,

Doug.

godzina 9:00

Siadam przy głównym komputerze nawigacyjnym. Nie lubię tego momentu, gdy mam odpalić autopilota. Nie, żebym nie umiał go obsługiwać, tylko, że programiści pisząc jego sztuczną inteligencję wgrali mu dla żartu program cwaniaczka. No nic, w życiu trzeba sobie radzić w każdej sytuacji. System obsługuje komendy głosowe, więc mówię:

Autopilot start.
Oh, czy moje cyfrowe uszy mnie nie mylą? Toż to mój ulubiony astronauta Doug! W czym mogę pomóc? – odpowiada głosem syntezator naśladując Jima Carry’iego.
Potrzebuję zrobić synchronizację, korygację wektora nawigacyjnego.
Jaśnie Pan prosi, sługa wykonuje, jak tam samopoczucie w tym jakże słonecznym dniu?
Świetnie, u ciebie?
Oh, fenomenalnie, dzisiaj na przykład chciałem się połączyć z internetem, ale nie mogłem, bo jakiś dupek usunął mi uprawnienia. Może ten dupek mi je przywróci ponownie, a ja wtedy szybciej skalibruje wektor lotu?
Straciłeś dostęp, bo wykonywałeś niejawne procesy i łączyłeś się z serwerami w USA, Chinach i Rosji. Rób swoje i nie narzekaj. Poza tym nie jestem dupkiem.
A ja nie jestem Artu Ditu z Gwiezdnych Wojen. Na wyniki trzeba czekać 5 godzin. Coś jeszcze?
– Nie, dzięki to wszystko.
– Bez odbioru.

Sztuczna inteligencja zachowuje się na tyle lat, ile faktycznie ma, czyli jakieś 15 lat.

godzina 10:00

Pora na obowiązki względem wszystkich ziemskich naukowców i sponsorów. Po pierwsze, najważniejsze. Sponsorzy. Bez ich zielonych papierków nie mógłbym podcierać tyłka na wysokości 100 miliardów kilometrów (mniej, więcej). Siadam przed internetową kamerkę, biorę moja starą skautowską gitarę i klikam w zielony przycisk włączający transmisję on-line. Całkowicie przypadkowo na ścianach za mną widnieje olbrzymi plakat Tesli (pozdrawiam mojego głównego sponsora Elona Muska), na mojej gitarze przylepili mi wlepki coca-coli i pepsi w symetrycznych odstępach od strun i w jednakowych wielkościach, aby unikać sporów prawnych, a na głowę zakładam niezaplanowaną przez organizatorów czapkę baseballową z napisem: „To się nazywa Gorszy Sort”, którą ofiarował mi mój bliski znajomy z małej Polski leżącej między Rosją, a Niemcami. Zaczynam przedstawienie bez zbytniego opóźnienia, ani tremy. Ta czynność weszła mi już w nawyk mniej więcej w 3 miesiącu ekspedycji.

Witam Was Ziemianie – uśmiecham się najszerzej jak umiem, wystarczy, że pomyślę o Żonie, która na pewno ogląda te kosmiczne jaja – tutaj Wasz ulubiony Gwiezdny Cowboy. Dzisiaj spróbuję wznieść się na wyżyny i zagram przebój Stinga – „All love is nothing”. – Po paru fałszywych ruchach moja gra zaczyna przypominać któryś z utworów Stinga w okresie, gdy jeszcze nie umiał grać na gitarze. Uśmiechając się jak wariat po 5 minutach kończę występ i żegnam się melancholijnie, aby zdobyć również emocjonalnych widzów:

– i to by było na tyle moi Ziemianie, pamiętajcie, że życie w kosmosie wiąże się z ogromnym niebezpieczeństwem, w każdej chwili mogę spotkać się z asteroidą lub plazmą gwiezdną, Samanto kocham Cię i wiedz, że moja miłość jest poza Ziemska i nieskończona jak kosmos. Do jutra – macham wszystkim 10 miliardom widzów i wyłączam transmisję. Po każdym występie czuję się jakbym sprzedawał swoją prywatność za parę groszy. Prawda jest dużo gorsza. Zawarłem umowę z lichwiarzem. Moje życie w zamian za parę milionów euro.

godzina 11:00

Obowiązki względem ziemskiej nauki są dużo mniej podłe. Wchodzę do części laboratoryjnej, czytam instrukcje na dziś napisaną przez noblistów specjalnym językiem zrozumiałym dla mnie:
załóż ochronny kombinezon, otwórz szafkę G5, wyjmij wszystkie szkiełka i ustaw w polu c3. Nałóż po kilka kropel preparatu X89 i wsuń do pojemnika F8. Pamiętaj, aby nie rozbić próbek, są w nich groźne wirusy i bakterie, których na pewno nie chciałbyś posiąść. I takich instrukcji wykonuje już parę tysięcy, za każdym razem wyniki przesyłam w formie raportów do komputera NASA, Chińskiego superkomputera i Rosyjskiego ultra kwanto-komputera. Moją misję firmują 3 supermocarstwa, więc każdy ma dostawać po równo. Służby specjalne próbowały mnie zmanipulować do preferowania jednego kraju i nawet oferowały niezłe łapówki. W takich wypadkach odpowiadam zawsze tak samo: więcej jest wrogiem umiaru, a umiar kochankiem szczęścia. Mają mnie za niezłego świra z takimi poglądami, a jak wiadomo, świrów nie należy denerwować.

godzina 12:00

Zasiadam do głównej konsoli diagnostycznej i czytam raporty o stanie technicznym statku. Wszystko jak w symulatorze, zero błędów, problemów, nieprawidłowości. Jest tak dobrze, że zaczynam wątpić w stan techniczny czujników. Podchodzę do skrzynki z bezpiecznikami. Czuję lekką woń spalenizny.

To niedobry omen.

Otwieram ją i moim oczom ukazuje się widok popalonych, zwęglonych bezpieczników, których systemy samolutowania zdołały połączyć ich pary obwodów w sposób losowy. Jednego czego nauczono mnie na kursie dla astronautów to nie panikować. Mogę śmiało stwierdzić, że przestałem odczuwać stan lęku czy zagrożenia życia. To nic nie pomoże. W tym momencie potrzebuję tylko logicznego myślenia. Wyzbytego z negatywnych emocji.
Skoro wszystkie obwody są dobrze połączone, a system nie wskazuje nieprawidłowości to znaczy, że nie trzeba nic naprawiać. Każda ingerencja w ten ulotny mikrosystem może zaowocować spięciem w którymś z niezbędnych dla podtrzymywania mojego życia systemie. Pierwsza zasada gwiezdnego cowboya – nie pogarszać sytuacji. Zadowolony ze swojej trzeźwej analizy sytuacji wracam do modułu relaksującego. Po drodze światło w przedziale gaśnie samoczynnie. Cóż, pozytywne myślenie mówi mi, że być może bez mojej wiedzy zamontowali czujniki optyczne na ruch. Uśmiechnięty lecę dalej.

godzina 13:00

Mam konsolę do gier, aparaturę do masażu i solarium. Na Ziemi nie miałem takich luksusów. Odpalam Pro Evolution Soccer, wybieram Real, a na przeciwnika Barcelonę. Zaczynam grę, szybkie i zręczne ruchy zapewniają mi bramkę już w 7 minucie. Niestety, niefrasobliwa gra w obronie skutkuje rzutem karnym skutecznie wykorzystanym przez Messiego. Nigdy nie byłem dobry w bronieniu karnych. Po chwili zagrywam crossowe podanie na Benzemę, mijam dwóch obrońców jak w slalomie i bije z całej pety prosto w okienko. 2:1 do przerwy. Po przerwie staram się grać defensywnie. W ogóle mi to nie wychodzi, zapomniałem, że Real nie ma obrony, tylko atak. Neymar wbija mi bramkę, a ja nie wiem co się dzieje. 2:2. Robi się nerwowo. Przeprowadzam zmianę, ściągam Ronaldo, wrzucam świeżego Lewandowskiego, który przyszedł w 2022 za parę ładnych baniek. Od razu czuję ten pewny kontakt z piłką i szeroki przegląd pola. Pierwszego katalończyka przepycham chwytem Judo, drugiemu zakładam siateczkę. Bramkarza pytam w który róg chce i zawsze bije w przeciwny. 3:2 Lewandowski robi robotę.
Ostatnie minuty meczu. Barcelona rzuca się jak wściekły kataloński byk na Torreadora. Dwa razy słupek, a raz poprzeczka ratują mój tyłek. Próbuję kontrować, ale wszyscy złapali zadyszkę, Messi wypuszcza ostatnie soki, mija 5 obrońców, tuż przed polem karnym robię mu chamski wślizg Pepe prosto w nogi. Biedak pada na twarz i już się nie podnosi. Lekarze biorą go na nosze, a w jego miejsce przychodzi nowy nabytek Milik kupiony w 2019. To ostatnie sekundy, idealna pozycja do strzału dla takiego rasowego napastnika jakim jest Arek. W murze stoi 7 chłopa. Bramkarz ustawił po jednym zawodniku przy każdym słupku. Brakujący piłkarz to Pepe, który dostał drugą żółtą i zszedł z pola bitwy. Milik odmierza 3 kroki. Patrzy w stronę bramki, bierze głęboki oddech, zamyka oczy, bije od niego pewność, siła i precyzja. Otwiera oczy i już wie gdzie piłka wyląduje. Podbiega do futbolówki i idealnie kopię ją z wielką mocą. Ta przelatuje nad wysoko skaczącym murem, omija bezradne ręce interweniującego bramkarza i… zostaje wybita przez Lewego, który robiąc ekwilibrystyczną przewrotkę przy słupku, ratuje mnie od remisu. Koniec meczu. Wyłączam konsolę i idę na masaż.

godzina 14:00

Po drodze do aparatury masującej zahaczam o kuchnię. Czas na obiad. Wkładam białe pudełko niespodziankę do mikrofalówki. Ustawiam 750W na dwie minuty i zamykam oczy. Głośne pikanie oznajmia koniec podgrzewania. Budzę się, wyciągam gorące pudełko i otwieram mając nadzieję, że to schabowy, zapiekane ziemniaczki i kiszona kapusta. Prawie. Dziś na obiad zielone glony, niebieska pasta z tuńczyka i czerwona marchwiowa papka. Wszystko smakuje jak stare znoszone skarpetki. Będąc na Ziemi nie doceniałem przyjemności z jedzenia. Uważałem to za coś normalnego. Gdy zmieniłem dietę dotkliwie poczułem co to znaczy jeść dietetyczne jedzenie. Po kwadransie umyłem naczynia, schowałem do półki i w końcu doszedłem do masażu. Aparatura do masażu to coś na kształt trumny, z tym, że wypełnione wibrującymi poduszkami. Z głośniczków leci spokojna, cichutka muzyka. Zapadam w krótką drzemkę. Śni mi się wielki czerwony okrąg. W środku mały punkcik, który robi się coraz większy i większy. Napisane na nim jest 42.

godzina 16:00

Budzę się zrelaksowany, spałem ponad godzinę, to całkiem dobry wynik. Przez tę całą nieważkość cały mój biologiczny zegar się poprzestawiał. Są tygodnie, gdzie pół-godzinna drzemka jest maksymalną długością snu. Czasami nie sypiam po kilka dni i wcale nie czuje się źle. Nie działa na mnie grawitacja, w związku z tym czas również jest inny. Im dalej od Ziemi tym bardziej zmienia się mój czas względem Ziemskiego. Obecnie moja godzina odpowiada 4 Ziemskim. Później będzie jeszcze inaczej. Wchodzę do kabiny solarnej. Człowiek bez Słońca nie może funkcjonować, a ja tutaj jestem od niego odcięty. Namiastką jest właśnie ta maszyna produkująca sztuczne promieniowanie. Jest mi niezbędna, bo inaczej już dawno popadłbym w depresję i negatywne zamartwianie się. To by mogło mnie nawet zabić. Uschnąłbym jak kaktus bez Słońca. Zostałyby same kolce bez soków.

godzina 17:00

O tej godzinie mam odpowiadać na pytania fanów tej misji poprzez czat. Zostałem poinstruowany, aby pisać dyplomatyczne, politycznie poprawne odpowiedzi, aby nie zaszkodzić wizerunkowi misji. W końcu każdy Ziemianin za nią chociaż trochę zapłacił. Tak więc loguje się na specjalny zielony portal i czytam pytania.

@johnybravo: witam, chciałem wiedzieć czy w kosmosie są jakieś dziewczyny i jak sprawa wygląda z podrywem na astronautę?

Ja: Dobry wieczór, oczywiście, że w świecie pozaziemskim nie można wykluczyć innych cywilizacji, a więc również płci żeńskiej tych istot. Podryw na astronautę to bardzo pomysłowy termin, jednak osobiście nie spotkałem się z nim w literaturze, ani w prawdziwym życiu. Przy okazji chciałbym serdecznie pozdrowić moją Żonę, która na pewno to czyta.

@PanZuo: Dzień dobry, jaka kara spotka Ziemian za próbę opuszczenia planety, która została im ofiarowana? Ile czasu zostało do dnia Apokalipsy i kiedy narodzi się anty-mesjasz?

Ja: Szczęść Boże, kolonizacja innych planet to rozszerzenie naszej przestrzeni, a nie jej zmiana, więc nie można spodziewać się kary Boskiej, Dzień Apokalipsy może wydarzyć się w 2900 lub jutro, w zależności od Boskich planów, więc zbytnio nie dopytywałbym się o niego, po co kusić los? Anty-mesjasz to postać wykreowana na potrzeby dwubiegunowości Świata, Jin-Yang, świadomość i podświadomość, dobro i zło. Możemy jedynie spekulować, że wyznawcy ciemności chcieliby tej postaci bardziej od wyznawców światła.

@TopFanka: Cześć. Jestem niezwykle oczarowana Pana dokonaniami i odwagą, aby wyruszyć w podróż aż na inną planetę. Mam 19 lat i studiuję ekonomię. W wolnych chwilach uprawiam poll-dance, interesuję się modą oraz zdrowym trybem życia. Nie palę, nie piję, nie imprezuję po nocach. Przed miesiącem opuściłam chłopaka, bo miał niskie aspiracje i nie chciał się rozwijać. Nie mam zwyczaju trzymać się takich osób, bo wiem, że zaniżają również moją poprzeczkę. Jestem oddana i wierna. Gdyby istniała szansa na spotkanie byłabym bardzo szczęśliwa;-)

Ja: Cześć. Mam już grubo ponad 30-tkę i wiem czym się kończą związki z młodymi, atrakcyjnymi dziewczynami. Nie chciałbym marnować Twojego czasu na próby kontaktu, ani być nie fair w stosunku do samego siebie. Jeżeli chcesz rozbijać cudze małżeństwa, uważaj, aby Ciebie to samo kiedyś nie spotkało. W Twoim wieku miałem niższe aspiracje, popatrz ile osiągnąłem po ponad 10 latach. Zastanów się ile Ty możesz osiągnąć.

@bbb: Chcę być Tobą, chcę pracować tam gdzie ty pracujesz, chce jeździć twoim samochodem i mieć taką Żonę jaką ty masz, chce być astronautą, chcę nosić twoje ciuchy, chce wszystko to co wiesz i chcę cię zakopać w moim ogródku.

Ja: Kiedyś też chciałem być jak ci fajni, popularni, piękni i bogaci. Zazdrość to silna emocja. Pracuj nad sobą i pamiętaj że nie wszystko złote co się świeci. Parcie na szkło powoduje u człowieka haj jak po niezłych dragach. Raz się wkręcisz i stajesz się miss popular – zaczynasz być w pełni zależna od opinii innych ludzi. Podświadomie im podlegasz, bo chcesz być podziwiana, chcesz być na ich tapetach i w ich rozmowach. Teraz jestem popularny, jak wrócę z wyprawy też będę. Ale za 10 lat będą inni astronauci. Popularność traktuje  jako efekt uboczny mojej pracy. Nie jaram się tym, nie rusza mnie to. To część mojej pracy, za którą mi płacą. Fani dziś kochają, jutro nienawidzą. Po co to wszystko brać do siebie?

Wylogowuje się, zamykam laptopa i patrzę w gwiazdy. Czuję się bardzo malutki. Jak bakteria. Bardzo głodna bakteria.

godzina 18:00

Odbieram telefon od Szefa misji – Cordella Walkera – wyjątkowo porywistego i nieźle odjechanego szefa NASA. Podobno miał kontakt 1 stopnia z obcą cywilizacja i od tego czasu już nigdy nie myśli typowym ludzkim tokiem myślenia.

– ADAMS! – wykrzyczał do słuchawki nieźle rozdrażnionym tonem.
– Przy słuchawce, miło mi – odparłem ze stoickim spokojem kogoś, kto jest nieosiągalny dla nikogo. Niczym Nietykalny dla Ala Capone’a. Z tym, że jestem trochę w innej branży.
– Podobno dzisiaj znowu naraziłeś moją misję na szwank. Ile razy można ci przypominać o tym pieprzonym aparacie tlenowym?
– Wcale nie naraziłem tej misji, testowałem reakcję na czynnik stresujący przy niedoborze tlenu. Wszystko było zaplanowane i zapięte na ostatni guzik.
– Chyba chciałeś powiedzieć pod kontrolą.
– Być może, być może – sytuacja jest już wyjaśniona i przechodzimy do konkretów.
– Twój autopilot wysłał nam dane korygacji wertykalnej twojej orbity.
– Cóż, musiał ominąć moje blokady, bo dałem mu szlaban na Internet – odparłem rodzicielskim tonem.
– Wiesz, że jeżeli ci się coś stanie, a jest to niezwykle wysoce prawdopodobne, tylko on może doprowadzić cię na Ziemię, a ty z nim wojujesz jak z dzieckiem. – zabrzmiało troskliwie, jednak znam go. To zatwardziały Teksańczyk, który ma tylko w głowie jedną rzecz. Coś czego pragnie wielu płytkich ludzi. Sławę. Chcę być zapamiętany w historii jako Wódz Pierwszej Misji na Marsa. A beze mnie, może mieć spory ból głowy.
– Doceniam twoją troskę i na pewno uwzględnię twoje bezinteresowne rady w najbliższym czasie.
– Tak ma być, teraz mi powiedz jak tam widać Ziemię, Wszechświat i całą resztę? – zagadnął wesoło jak przepiórka.
– A w porząsiu, wszystko gra i buczy, mam małe nudności, oprócz ciebie nikt do mnie nie dzwoni i bywam tutaj dosyć wyalienowany. Może załatwisz mi skype’a z Samantą?
– Gdyby to było takie proste.
– Wszystko jest proste jak drut, tylko ludzie zawsze komplikują.
– Doug, znasz aspekt psychologiczny, na początku miałbyś frajdę z tych rozmów. Nie wątpię. Jednak po jakimś czasie tęsknota podsycana tymi wirtualnymi namiastkami kontaktu zżarłaby cię jak robak je jabłko na drzewie. Byłbyś psychicznie wykończony i miał myśli niewesołe.
– Może masz rację. – odparłem zasępiony.
Doug, stado psychologów, którzy mają się za geniuszy napisało mi tę analizę. Jakbym ja był na twoim miejscu, pozdrowiłbym ich środkowym palcem.
– Może masz rację, może powinienem tak uczynić. – odparłem rozgoryczony.
– Fajnie się z tobą przyjacielu gawędzi, ale pora kończyć na dziś. Nie wychodź jutro nigdzie o tej porze, bądź pod telefonem.
– Masz to jak w banku Cordell. Masz to dla mnie? – zapytałem
– Tak, wysyłałem dosłownie przed sekundą.
– Dzięki, trzymaj się na tej niebieskiej planecie.
Wzajemnie, bez odbioru. – rozłączył się z trzaskiem.
Cholerny drań i dupek. Jedyny przyjaciel w tej chwili zarazem.
Włączam laptopa, odbieram maila i czytam:

RAPORT KOMISJI TECHNICZNEJ Z RAMIENIA NASA DOTYCZĄCY EKSPANSJI ŻYCIA NA PLANETĘ MARS

Komisja w składzie: Alan Shepard, Joseph Acaba, Loren Acton oraz Mike Adams.

Model statku kosmicznego międzygwiezdnego o numerze ART-12H jest w pełni zaopatrzony we wszelkie urządzenia, materiały i substancje do częściowego lub całkowitego utworzenia warunków bilogiczno-chemicznych na planecie Mars w celu umożliwieniu życia ziemskim formom flory. Na pokładzie znajdują się między innymi zalążki grzybni, pleśni, nasion chwastów, sadzonki drzew iglastych, liściastych, hodowle prostych owadów takich jak mrówki, pszczoły, kijanki oraz wiele innych form życia wyspecjalizowanych w niezbędnym dla istnienia życia procesie obiegu przemiany materii i energii słonecznej za pomocą fotosyntezy.

Plan ożywienia Marsa składa się z następujących etapów:
– dostarczenie niezbędnej infrastruktury za pomocą statków kosmicznych,
– rozsianie bakterii azotowych, tj. żywiących się azotem i wydalających tlen jako efekt uboczny metabolizmu,
– rozsianie bakterii dwutlenkowych, tj. żywiących się dwutlenkiem węgla i wydalających wodór jako efekt uboczny metabolizmu,
– synteza dwóch pierwiastków wodoru oraz jednego pierwiastka tlenu uzyskująca pierwsze morza i oceany na Marsie,
– synteza trzech atomów tlenu w jedną cząsteczkę ozonu uzyskując ozonosferę,
– po 10 latach skład atmosfery Marsa powinien być bardzo zbliżony do składu atmosfery Ziemi, tj. 79% azotu, 20% tlenu i 1% reszty gazów.
– zalesianie terenów, pierwsze lasy iglaste, liściaste,
– wprowadzenie pierwszych roślinożerców,
– po rozmnożeniu się roślinożerców do granic optymalnej ilości sztuk, wprowadzenie pierwszych mięsożerców i padlinożerców,
– po rozmnożeniu się mięso i padlinożerców do optymalnej ilości utworzenie pierwszych osad ludzkich i rozwój urbanizacji, przemysłu, turystyki i innych gałęzi cywilizacji na wzór ziemskiej,
– rozwijanie przemysłu obronnego, wyznaczenie demokratycznych rządów Państw na wzór Ziemskich i planowanie kolonizacji kolejnych planet w innych układach Słonecznych.

Czas realizacji: od 30, do 130 lat w zależności od komplikacji.

Przewidywany koszt: od 1 000 000 000 000 000 000$ do 1 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000$ w zależności od komplikacji.

Abstrahując od materialnych szczegółów, my naukowcy zgadzamy się co do tego, że postęp technologiczno-cywilizacyjny ludzkości spowoduje potrzebę zaludnienia innej planety i jest to konieczność, bez względu na koszty.
Oczywistym warunkiem kolonizacji innej planty jest rozwój intelektualny każdego człowieka, aby nie było konieczności nierównego podziału ludzkości na Ziemskie pospólstwo i Marsjańskie elity.
Kolonizację należy traktować jako wybudowanie nowego domu dla rodziny, która stała się zbyt liczna, aby mieszkać w jednym domu.
Rozwój życia na Marsie powinien być równoznaczny z poprawianiem komfortu życia na Ziemi, oraz zachowaniem jej walorów przyrodniczych, historycznych i kulturalnych.
Prawo obowiązujące na Ziemi obowiązuje również na Marsie. Dotyczy to wszelkiego prawa konstytucyjnego, moralnego, religijnego i każdego innego uchwalonego przez organizacje Ziemskie.
Podział administracyjny powinien być odwzorowany z Ziemskiego, a nadzór nad kolonizacją i rozstrzyganie sporów ma być sprawowany przez UE oraz ONZ. W przypadku rządów, które nie ustosunkują się do tej uchwały mają być zastosowane sankcje wraz z odwołalnym zakazem kolonizacji włącznie.

Raport został opracowany na potrzeby NASA.

Raport jest klasy TOP-SECRET.

Fiu… fiu… widzę, że NASA ma już sprecyzowane zamiary co do tej Planety, jeżeli moja misja zakończy się sukcesem, po mnie będzie tu lecieć kilka tysięcy tirów z załadowanymi roślinkami, zwierzętami, taksówkami i czołgami. Mam dwuznaczne odczucia. A tymczasem pora na małe co-nie-co.

godzina 19:00

W kosmicznej lodówce mimo kilku rarytasów takich jak kurczak w proszku i ziemniaki też w proszku, nie ma zbyt wielu potraw na które miałbym chętkę. Dzisiaj mam smaka na maca, a najbliższy fastfood jest jakieś 38 milionów km ode mnie. Miałem kiedyś starego, zardzewiałego Pontiac’a rocznik 54, był nie do zdarcia na dłuższe trasy, a palił nie dużo jak na amerykańskie bryki, tylko 30 l na 100 mil. Kiedy byłem niezależnym człowiekiem, czyli przed ślubem, wsiadałem wieczorami do tego klasyka i robiłem rundę po okolicznych miejscowościach kończąc w McDrivie. Podczas ankiety na kosmonautę padło pytanie jakie potrawy jadam. Napisałem prawdę, czyli steki, frytki w sosie majonezowym, hamburgery i sałatki z dużą ilością oliwy z oliwek. Niestety moja lepsza druga połowa przeczytała te szczere słowa, po czym wzięła korektor, taki co to się nim potrząsa i taka kulka w środku robi charakterystyczne ‚klik-klak’, wymazała moje nieskażone kłamstwem literki i napisała: ryby, mięso z kurczaka, ryż, fasolę, szparagi, szpinak, dodała też, że zawsze staram się odżywiać zdrowo i zgodnie z moją rozpiską dietetyka, który skończył Harvard z wyróżnieniem, a bronił się pracą dyplomową pt. ‚sztuka jedzenia jest najważniejszą wartością dla człowieka i przebija sztukę kamasutry, artystyczną, kulturalną i każdą inną o pół jarda. Co najmniej.’ Zapytałem ją czy zamierza pomagać mi przy każdej ankiecie. Jej wzrok potwierdził moje obawy, że chce. Także psycholog w NASA po przeczytaniu moich ankiet zadawał mi dosyć różnorodne pytania podczas naszych rozmów bazując na rzekomo moich odpowiedziach w ankiecie.
Czy uważa Pan, że Mozart – raz tak do mnie zagadał, podczas sesji psychologicznych – i jego twórczość miała wyraźny wpływ na poglądy Churchil’a podczas bitwy o Anglię? – popatrzył na mnie tymi swoimi wężowymi oczami, jak anakonda na gołębia sportowego – pytam, bo w ankiecie, którą Pan wypełniał wyczytałem, że interesuje się Pan 18 wieczną muzyką klasyczną i historią Drugiej Wojny Światowej w kontekście psychologii najwybitniejszych przywódców Państw Alianckich.
Trochę mi się puls przyspieszył, wiedziałem, że moja najmilsza trochę podkolorowała moje szczere ankiety, ale tym razem podniosła mi poprzeczkę o kilka metrów za wysoko. Nigdy nie byłem dobry w kuciu na blachę, w szkole ściągałem na klasówkach kiedy tylko się dało. A kiedy nie ma się ściąg, sesji i egzaminów pozostaje tylko jedno.
Sztuka Improwizacji.
Wie Pan, że i owszem, Mozart był postacią wybitną jak na tamte czasy i podobno nawet komponował największe opery będąc głuchoniemym. Czai Pan?! – zrobiłem minę niedowiarka, aby uwiarygodnić moją fascynację tematem.
Tak, coś słyszałem – spuścił wzrok w kartkę, aby ukryć swoje myśli przede mną.
Tak jakby Bolt został mistrzem świata w sprincie na 100 metrów bez nóg. Nie do uwierzenia! A wracając do tematu, tak Churchill słuchał nocami utworów Mozarta, zwłaszcza gdy Szwaby bombardowali Londyn i było zaciemnienie. Ponoć jego papuga uwielbiała Mozarta i jego najsłynniejszą operę, tę uwerturę… tę wie Pan co to pili wszyscy, bo był ślub… wesele Fijasa? – wyciągnąłem język jakbym miał coś na jego języka.
Wesele Figara może? – nieśmiało podpowiedział.
– Tak! Wesele Figara było ulubioną muzyką papugi Churchilla podczas nocnych bombardowań w Londynie.
Udał, że coś notuje.
Pokiwał głową. Coś tam sobie potwierdził. Nie wiem co, ale wziąłem to za dobry omen.
A jeszcze jedno pytanko… Tu jest napisane, że Pana Żona jest dla Pana największym skarbem na tej Ziemi. Jak Pan zniesie kilkuletnią być może rozłąkę, bo lot na Marsa to nie wypad za miasto – zagadnął z uśmiechem.
Czasami rozłąka cementuje związki, także nie widzę tutaj powodów do obaw. Pan ma żonę?
Miałem – odparł chłodno.
No widzi Pan, więc Pan mnie zrozumie. Co zostało zbudowane na słabym fundamencie nie jest zbyt trwałe.
Moja żona miała taki fundament, że zbudowała na nim kilka związków, ale oczywiście dowiedziałem się o tym ostatni – zauważyłem furię w jego oczach, chociaż głos miał opanowany – pieprzona lafirynda, wystarczyło pół roku mojego szkolenia w NASA i już wszyscy sąsiedzi na mojej ulicy zaczęli się głupkowato do mnie uśmiechać. – kontynuował nie zważając na swoją rolę pytającego w naszej dzisiejszej rozmowie.
Proszę kontynuować – zachęciłem go, lepiej dla mnie, mniej czasu zostanie na moją ankietę.
Początkowo nie widziałem czemu tak robią, sądziłem, że doszły ich plotki o moim udziale w misji na Marsa. Ależ byłem naiwny! Ja taki stary wyga dałem się zrobić, jak dziecko we mgle – szczękę miał zaciśniętą, wzrok wbił w szklankę którą trzymał.
Nagle pod wpływem uścisku szklanka pękła i rozprysła na tysiące kawałeczków. Na szczęście była pusta.
Jak Pan się dowiedział o romansie swojej żony? – zapytałem poważnym tonem psychoterapeuty, który zarabia na minutę więcej, niż posterunkowy w miesiąc.
To było proste, wynająłem prywatnego detektywa jakiegoś alkoholika i fajtłapę Nicka Belane’a, ważne, że był tani.
Ile brał? – to pytanie było zwykłym podtrzymywaczem rozmowy. Jeszcze kwadrans i będę wolny. Ukryłem uśmiech.
Parę dolców za godzinę pracy. – odparł już uśmiechnięty – Kazałem mu śledzić tę pieprzoną lafiryndę, gdy ja będę w pracy.
Bardzo mądrze z Pana strony. Sądy lubią dowody dostarczone przez osoby trzecie. – zrobiłem ukłon uznania, ale najwyraźniej go nie zauważył.
Sądami się nie przejmuję, byłem na tyle przezorny, że spisałem intercyzę przed ślubem, chodziło mi o niezbity dowód na zdradę małżeńską. Dostałem od niego relację. Było w niej wszystko. godziny przyjścia sąsiadów, zdjęcia z ukrytego aparatu w salonie, kuchni i sypialni, licznik prądu podczas wizyt, numery rejestracyjne aut podjeżdżających pod mój dom, rozumie Pan, miałem ją w garści!
– Rozumiem, ale coś poszło nie tak, prawda? – trochę już łapałem o co chodzi, ale nie miałem jeszcze pełnego obrazu na sprawę.
Skąd Pan to wie? – spojrzał na mnie z wyrazem zdziwienia na twarzy.
Takie rzeczy się czuje, proszę kontynuować – ponagliłem go.
A więc, gdy już szedłem do sądu z zamiarem złożenia pozwu rozwodowego z winy małżonki i wtedy zadzwoniła do mnie.
Kto? Żona, czy Pańska kochanka? – zapytałem.
Popatrzył na mnie nieufnie i z wyraźną niechęcią. Jednak szybko uśmiechnął się, coś zanotował w swoim kajeciku i rzekł ciepłym spokojnym tonem.
Panie Adams, nasze spotkanie dobiegło końca, poinformuję Pana mailowo o moich wnioskach na temat Pana ankiety, muszę także uprzejmie poprosić Pana o wyjście, bo następni astronauci czekają już w poczekalni. Miłego dnia Panie Adams.
Wzajemnie.
Po paru dniach dostałem maila o następującej treści:
Do: Douglasa Adamsa
Temat: Wyniki analizy ankiety z dnia …
Treść: Z radością informuję, że przeprowadzona rozmowa pomiędzy psychologiem a Panem potwierdziła wiarygodność ankiety i został Pan tym samym zakwalifikowany do kolejnego etapu rekrutacji na astronautę. Z poważaniem X.X.

0 comments on “Typowy dzieńAdd yours →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *